Pusta klasa
Jekaterynburg witał ich szarym niebem, niskim i ciężkim, jak betonowa płyta gotowa zmiażdżyć miasto. Listopadowy wiatr hulał po Prospekcie Lenina, zrywając ostatnie żółte liście z topól i ciskając je pod koła czarnych SUV-ów. Kanabis i Kropka stali przy bramie starej szkoły numer sto dwadzieścia siedem. Budynek z czerwonej cegły pamiętał jeszcze czasy sowieckie, gdy ideologia była ważniejsza od bezpieczeństwa, a ściany pokrywała gruba ohydna farba w wymiotnym zielonawym kolorze, żeby ukryć każdy szept.
Nie byli tu od roku. Od ukończenia szkoły. Rok studiów w Akademii Rolniczej ich zmienił. Skręt stał się twardszy, jego spojrzenie straciło młodzieńczą naiwność, zastąpione nawykiem skanowania przestrzeni. Kropka wyglądała na zmęczoną. Życie mocno przyciskało, ale nie to gnało ich tutaj. Gnała ich pamięć. Gnało ich pragnienie, które ich poznało i zbliżyło. Pragnienie wzięcia trawy i zajebania się dymem na maksa. Uciec od tego jebanego szarego, zwiędłego, przesiąkniętego smrodem nienawiści i kłamstwa życia.
Marihuana. Nauczycielka życia. Trawa uczyła widzieć związki przyczynowo-skutkowe. Palili i widzieli, że można żyć inaczej. Otworzyła im oczy na świat, a potem dowiedzieli się, że w świecie bez marihuany wszystko jest powiązane pieniędzmi i krwią. A teraz ona zniknęła.
W środku szkoły pachniało starą szpachlówką i chlor. Korytarze były puste. Lekcja trwała, ale cisza przygniatała mocniej niż hałas. Dyrektor, tęgi mężczyzna z wilgotnymi oczami, spotkał ich w gabinecie. Nie pytał, po co przyszli. Wiedział. Sam się w to bawił. Raz trawą, raz alkoholem, a czasem jednym i drugim naraz.
Policja już tu była. FSB też. Protokoły przesłuchań leżały na stole w schludnym stosie. Ślady były zimne. Ostatni, kto miał marihuanę, wyszedł z domu we wtorkowy poranek. Doszedł na przystanek. Wsiadł do autobusu. I rozpłynął się. Kamery monitoringu pokazały tylko puste siedzenie tam, gdzie powinien siedzieć. Jakby wyparował. Trawa się skończyła. Więcej jej w mieście nie było. Chyba. U nikogo. Nawet u bogatych. Zupełnie.
Kanabis patrzył na biurko dyrektora. Leżał na nim dziennik lekcyjny. Strona z nazwiskiem chłopaczka, który sprzedawał trawkę, była wyrwana. Niedbale, z postrzępionymi brzegami. Dyrektor zauważył jego spojrzenie i odwrócił oczy. Bał się. Nie o siebie. O to, że wie zbyt wiele.
Kropka położyła rękę na biurku. Ruch był płynny, ale zatrzymał oddech dyrektora. Nie zamierzali pytać o pozwolenie. Wzięli kopię dziennika i wyszli. Policja szukała ciała szkolnego ćpuna. FSB szukała dokumentów, śladów w sieci, przeczesywała grupy i kanały Telegrama. A oni szukali marihuany, a właściwie nawet nie trawy, tylko idei. I rozumieli: jeśli dwie służby nie mogą znaleźć marihuany w milionowym mieście, to znaczy, że albo jej w ogóle nie ma, albo nie ma jej w miejscach znanych tamtym. Trzeci wariant był najciekawszy: stała się aktywem.
Elmasz. Przemysłowe widmo
Pierwszym przystankiem był Elmasz. Dzielnica fabryk, panelowych domów i wiecznego pyłu. Zmienił się znacznie, nie przez 2 lata, a przez ostatnie 20 lat. Czas płynął tu inaczej. Wolniej.
Kanabis prowadził auto — starego Forda, kupionego za pieniądze z letniej praktyki w akademii. Kropka patrzyła przez okno, rejestrując szczegóły. Otworzyła okno samochodu, mimo chłodu, i wystawiła rękę na zewnątrz. Jej mała dłoń jakby szybowała na podmuchach wiatru; jesienne, już bardzo rzadkie i suche listki czasem dotykały jej bladej skóry.
Na jednym z podwórek, przy klatce z obitą drzwi, znaleźli mężczyznę. Siedział w kucki przy wejściu, palił. Ubranie miał robocze, ręce w mazucie, pod paznokciami stary brud.
Miejscowy stróż albo ślusarz. Tacy ludzie widzą wszystko. Są niewidzialni dla systemu, więc system ich nie zauważa.
Kanabis podszedł pierwszy. Nie pytając. Położył paczkę papierosów na betonowym parapecie. Mężczyzna spojrzał na papierosy, potem na Kanabisa. W jego oczach nie było pytania. Tylko ocena ryzyka.
Kropka w milczeniu pokazała zdjęcie na smartfonie. Sprężysta torebka foliowa na dłoni z odpowiedziami na wszystkie pytania. Mężczyzna skinął głową. Widział ją. Nie we wtorek. W poniedziałek. Był człowiek w ciemnym płaszczu. Bez twarzy. Kaptur. Mówił cicho. Wyglądał na spiętego. Miał czarną plastikową torbę z „Krasnoje i Biełoje”. Nie dokumenty. Coś ciężkiego.
Ślusarz wskazał ręką w stronę zakładu. Tam, za ogrodzeniem z drutu kolczastego, stały stare hale. Część z nich wynajęto Wildberries. Oficjalnie — na magazyny. Nieoficjalnie — a kto go wie na co.
Kanabis i Kropka poszli tam. Wiatr się nasilił. Metal skrzypiał na mrozie. Obeszli obwód. Ochrony nie było. Tylko kamery. Ale kamery patrzyły do środka, a nie na zewnątrz. Ktoś chciał ukryć to, co dzieje się w środku, a nie to, kto wchodzi.
Znaleźli otwarte okienko w ścianie pomieszczenia gospodarczego. Kanabis podsadził Kropkę. Stęknęła i wlazła do środka. Po minucie otworzyła drzwi. W środku pachniało olejem maszynowym i starym papierem. Na stole leżała mapa miasta. Zaznaczono na niej punkty. Elmasz, Uralmasz, Dworzec, Centrum, Uktus. Trasa.
Na środku mapy widniała adnotacja. „Ч”.
Kropka sfotografowała mapę. Odeszli tak samo cicho, jak przyszli. Ale kiedy wsiadali do auta, Kanabis zauważył czarny sedan po przeciwnej stronie ulicy. Silnik pracował. Spaliny kłębiły się w zimnym powietrzu. Byli obserwowani. Nie przez policję. Gliniarze mieli oznaczenia. To były wilki w owczej skórze.
Kanabis uruchomił silnik. Nie włączając świateł. Wyjechali powoli, nie zakłócając ruchu. Czarny sedan nie ruszył się. Dali im odejść. To było gorsze. Znaczyło, że wiedzieli, dokąd tamci pojadą.
Uralmasz. Terytorium siły
Uralmasz witał ich światłami szyldów i głośną muzyką z otwartych okien sklepów. Życie tu wrzało, ale pod powierzchnią bulgotała lawa. Dzielnica, gdzie sprawy załatwiano nie w sądach, a w klatkach schodowych.
Marihuana pojawiła się w tej dzielnicy pierwsza, potem stopniowo rozprzestrzeniła się po całym mieście. Uralmasz to przykład społecznej samoorganizacji. Ludzie trzymali się tu razem. Dlatego mogli tu znaleźć tych, którzy naprawdę znają prawdę.
Para weszła do małej kawiarni obok metra. Świetne miejsce pod coffeeshop, z punktu widzenia marketingu: stały, nieosłabiający ruch praktycznie przez całą dobę. Miejsce było neutralne. Kropka zamówiła kawę. Kanabis usiadł plecami do ściany. Widział wejście. Widział lustro odbijające ulicę.
Podeszła do nich dziewczyna. Kelnerka. Lat 19. W oczach zmęczenie, ale spojrzenie czujne. Kropka położyła na stole telefon ze zdjęciem. Tamta zamarła. Rozpoznała. Jasny chuj, jakby nie rozpoznała.
Nie powiedziała nic na głos. Wyjęła swojego Honora z tylnej kieszeni spłowiałych dżinsów. Napisała na czacie: „Dziewczyna przychodziła tu w piątek. Z nią. Była przestraszona. Mówiła o długu. Nie o pieniądzach. O długu honoru”.
Kelnerka napisała jeszcze jedno słowo: „Kasa”.
I wskazała w stronę dworca.
Kanabis zrozumiał. Dziewczyna ostro była komuś winna. Albo ktoś był winien jej. Ale słowo „Kasa” w kontekście ciemnych spraw oznaczało jedno — gotówkę. Dużą gotówkę. W erze cyfrowych przelewów gotówka zostawia ślad tylko wtedy, gdy przenosi się ją fizycznie.
Kelnerka odeszła. Po minucie przynieśli im kawę. Na spodku leżał klucz. Stary, mosiężny, od przechowalni bagażu.
Skręt zacisnął klucz w dłoni. Metal był zimny. Wyszli z kawiarni. Czarny sedan znowu tam był. Teraz stał bliżej. Światła były wyłączone.
Wsiedli do swojego auta. Kanabis nie od razu uruchomił silnik. Patrzył w lusterko wsteczne. W sedanie siedziało dwóch. Nie ukrywali się. Czekali.
— Nie wezmą nas — powiedziała Kropka. Głos był cichy, ale twardy.
— Bo jesteśmy im potrzebni — odpowiedział Kanabis. — Jesteśmy przynętą.
— Dla kogo?
— Dla tych, którzy czekają, aż zaprowadzimy ich do niej.
Siedzieli i milczeli. Nagle Kanabis powoli podniósł rękę, wyciągnął ją ku głowie Kropki i powoli zaczął przyciągać ją do siebie. Tamta lekko drgnęła, ale po sekundzie pochyliła się do Kanabisa i nawykowymi, wyćwiczonymi ruchami rozpięła mu zamek w dżinsach, odciągnęła czarne slipy. Wyjęła penisa i zaczęła nawykowo ssać chuja Kanabisa. Tamten odchylił się na zagłówek, przymknął trochę oczy i z zainteresowaniem obserwował, co będą robić chłopaki w sedanie. Po kilku minutach ruchy Kropki stały się ostre i intensywne. Kołysanie głowy stało się całkiem widoczne przez przednią szybę. Kropka zaczęła pomagać sobie ręką, masturbując chuja Kanabisa. Jeszcze parę minut i tamten skończył. Kropka jeszcze przez kilka minut dalej obciągała chuja. Lubiła to. Podobało jej się, jak gruby, twardy członek lekko drży w ustach, jak napina się w ostatniej chwili i strumień gorącej spermy uderza ją w podniebienie. W tym momencie szybko przełykała główną porcję białka, a potem stopniowo wysysała resztki wciąż stojącego członka, pomagając sobie ręką, masturbując chuja. Odchyliła się z powrotem, grzbietem dłoni nawykowo wycierając usta ze śliny i resztek spermy.
Kanabis gwałtownie przekręcił kierownicę. Jebać rozpięte dżinsy i sterczącego z nich penisa. Auto rypnęło z miejsca, łamiąc przepisy. Ruszyli jak taran w potok. Klaksony, krzyki. Czarny sedan nie spodziewał się tego. Został z tyłu, wciśnięty w strumień ciężarówek.
Uciekli. Ale nie na długo. W tym mieście nie można się ukryć. Można tylko zyskać na czasie.
Dzielnica przydworcowa. Chaos
Dworzec to miejsce, gdzie ludzie gubią siebie. Tysiące twarzy, potoki bagażu, szum ogłoszeń. Tu łatwo zniknąć. I tu najłatwiej znaleźć tego, kto chce zostać znaleziony.
Przechowalnia bagażu znajdowała się w starym skrzydle. Pachniało tam wilgocią i tanim tytoniem. Kanabis podszedł do skrytki o numerze odpowiadającym kluczowi. Kropka stała na czatach. Patrzyła na ludzi wokół. Każdy mógł być agentem. Każdy mógł być zagrożeniem.
Skrytka otworzyła się z ciężkim zgrzytem. W środku leżała torba. Sportowa, niebieska. Żadnych metek.
Kanabis wyjął torbę. Była ciężka. Weszli do toalety, zamknęli się w kabinie dla niepełnosprawnych. To było jedyne miejsce bez kamer.
Chłopak otworzył torbę. W środku leżały pliki pieniędzy. Euro. Dolary. Ruble. Dużo. Ponad milion. I paszport. Na nazwisko obywatelki Czech.
Kropka westchnęła głośno. Dźwięk był głuchy, stłumiony dłonią.
— Co to znaczy? — szepnęła Kropka.
— Chuj wie, co się dzieje. Szukali ucznia, a tu takie coś. To pieniądze — powiedział Kanabis. — To zapłata. Pizdec, chcieliśmy kupić marihuanę, a tu takie coś.
— Za co?
— Za milczenie. Albo za robotę. Chyba. A chuj mnie to wie.
Kanabis przerzucał pliki. W jednym z nich znalazł kartkę. Były na niej współrzędne. Centrum miasta. Ulica Małyszewa. Budynek biurowy. I czas. Dziś. 20:00.
Zegar wskazywał 18:30.
Mieli półtorej godziny.
W tym momencie do drzwi toalety zapukano. Nie mocno. Pewnie.
— Policja. Kontrola dokumentów. Wychodzić.
Kanabis krótko spojrzał na Kropkę. Skinęła głową. Nie mogli wyjść z torbą. Schowali ją za zbiornikiem toalety. Wyszli.
W korytarzu stało dwóch w mundurach. Ale coś było nie tak. Buty były zbyt nowe. Mundur leżał idealnie. To nie była służba patrolowa. To był specnaz.
— Dokumenty — powiedział jeden. Głos był bez emocji.
Kanabis podał legitymacje studenckie. Kropka też.
— Co tu robicie?
— Ano, myśleliśmy poprawić dzietność.
Oficer spojrzał na nich. Potem na telefon. Do kogoś zadzwonił. W milczeniu. Słuchał. Odłożył telefon.
— Proszę z nami — powiedział.
— Za co? — zapytał Skręt.
— Dla ustalenia tożsamości.
Prowadzili ich do wyjścia. Ale przy samym wyjściu czekało na nich inne auto. Nie policyjne. Cywilne. Czarny SUV.
Drzwi się otworzyły. Z auta wyszedł człowiek w garniturze. Pokazał legitymację. FSB.
— Puśćcie ich — powiedział człowiek w garniturze. — To nasi świadkowie.
Policjanci spojrzeli po sobie. Konflikt interesów. Lokalna policja przeciw federalnym. Klasyka.
— Mamy rozkaz — zaczął policjant.
— Wasz rozkaz został anulowany — przerwał człowiek w garniturze. — Chcecie problemów z Moskwą?
Policjanci odstąpili. Kanabis i Kropka wsiedli do auta FSB. Drzwi trzasnęły. Zamki kliknęły.
Centrum. Pajęczyna
Auto jechało szybko. Koguta nie było. Nie chcieli przyciągać uwagi. Człowiek w garniturze siedział z przodu. Nie odwracał się.
— Tamten chłopak pracował dla nas — powiedział nagle. Głos był spokojny, jakby opowiadał o pogodzie.
— Pojebaliście się? On jest uczniem — powiedziała Kropka.
— To nie uczeń, a karzeł, który młodo wyglądał, jeśli was to interesuje. Do tego kurator. Przelewał środki. Przez szkolne konta. Granty. Remonty. Wszystko to było przykrywką.
Kanabis zacisnął pięści.
— Gdzieście go podziali?
— Nie ukrywaliśmy go. Zniknął. Kiedy zrozumiał, że schemat się wydał. Ukradł pieniądze. Te, które znaleźliście.
— Dlaczego sami go nie łapiecie?
— Bo wie zbyt dużo. Jeśli go aresztujemy, zacznie mówić. A nam potrzebny jest cichy koniec. Myśleliśmy, że zaprowadzicie nas do niego. Ma najlepszą i najczystszą marihuanę w mieście. Nic dziwnego, że tak wgryźliście się w temat, żeby ją znaleźć.
— Nie jesteśmy psami — powiedział Skręt.
— W tym kraju wszyscy są psami. Pytanie tylko, kto trzyma smycz.
Auto zatrzymało się przy budynku na Małyszewa. Centrum biurowe. Szkło i beton.
— Macie godzinę — powiedział człowiek w garniturze. — Znajdźcie go. Albo my znajdziemy was. I wtedy nie pomoże wam nikt, ani media, ani Bastrykin. Raczej odwrotnie.
Twardy śmiech przez zęby.
Wyszli. Budynek był strzeżony. Ale mieli przepustkę, którą człowiek w garniturze wcisnął im w rękę, zanim zatrzasnął drzwi.
Winda wjechała z nimi na ostatnie piętro. Było tam jedno biuro. Drzwi były uchylone.
W środku paliło się światło. Za biurkiem siedział uczeń, a właściwie karzeł. Przed nim stała szisza i leżała marihuana w torebkach. Sprężystych torebkach, tych samych, które tak lubili i pamiętali.
Teraz już było widać, że to nie dziecko, a dorosły. Twarz zapadnięta. Kości policzkowe zaostrzone, ale spojrzenie wciąż czujne.
— Wiedziałem, że przyjdziecie — powiedział. Nie zdziwił się.
— Dlaczego ty, wy zniknęliście? — zapytała Kropka. Głos jej drgnął.
— Bo zobaczyłem to, czego nie powinienem był widzieć. Pieniądze nie szły na trawkę. Szły na wojnę. Nie tę, o której mówią w telewizji. Na tę cienistą. Na wspieranie grup. Wszędzie. Tu. W Europie. Tam, gdzie zabijają, a nie ćpają dla przyjemności.
Karzeł wstał. Wziął ze stołu pendrive'a.
— To wszystko. Listy. Konta. Nazwiska.
— Oddaj to nam — powiedział Kanabis.
— Nie. To zbyt niebezpieczne. Jeśli tu zostaniecie, zabiją was. Albo wsadzą. FSB nie wypuści was z tym. Policja też. Teraz walczą o prawo, żeby was aresztować.
— Co robić?
— Wyjeżdżajcie.
— Dokąd?
— Mam kontakty. W Pradze. Człowiek, któremu pierwotnie miałem to przekazać. Ale przestraszyłem się.
Karzeł podszedł do okna.
Na dole migały światła miasta.
— Już idą. Macie pięć minut. Schody po lewej. Tam są tylne drzwi.
— A wy?
— Ja ich zatrzymam.
— To samobójstwo — powiedział Kanabis.
— To lekcja historii — uśmiechnął się. — Ofiara dla przyszłości. Idźcie.
— Swoją drogą, chcecie wiedzieć, jak się nazywam?
— Jak? — zapytał Skręt.
— Mari Iwanowna, najpierw byłam dziewczyną.
— Serio?!
— No nie, oczywiście! Widzę, że całkiem pojebaliście się bez trawy. Dobra, weźcie ze sobą te. I tak je skonfiskują, suki.
Pchnął ich do drzwi. Kanabis wahał się. Kropka pociągnęła go za rękaw. Pobiegli.
Za plecami trzasnęły drzwi. Po sekundzie usłyszeli głosy. Grube. Wymagające.
Biegli po schodach. Dziesięć stopni. Dziewięć. Osiem. Nogi płonęły. Płuca płonęły.
Przy wyjściu czekało na nich auto. Nie FSB. Nie policja. To samo, z Elmaszu.
Drzwi się otworzyły. W środku siedział ten sam mężczyzna, którego opisał facet z Elmaszu. Ale teraz był w innym garniturze.
— Wsiadajcie — powiedział. — Poproszono, żeby was ewakuować.
— Kim jesteście? — zapytał Kanabis.
— Przyjacielem. Albo wrogiem. Zależy, co postanowicie dalej.
Uktus. Punkt bez powrotu
Nie pojechali na lotnisko. Lotnisko było dla nich zamknięte. Zbyt wiele kamer. Zbyt wiele kontroli.
Podróż na Uktus była milcząca. Dzielnica osiedli sypialnych i prywatnych domów. Było tu ciszej.
Auto zatrzymało się przed prywatnym domem. Wysoki płot. Kamery.
W domu było pusto. Tylko Mac Air na stole. I bilet.
Dwa bilety. Jekaterynburg – Praga. Przez Moskwę. Tranzyt.
— Macie cztery godziny do pociągu — powiedział kierowca. — Dalej sami.
— A tamten? — zapytała Kropka.
— On dokonał swojego wyboru. Teraz wy musicie dokonać swojego.
Kierowca odjechał. Zostali sami. W domu było zimno. Kanabis podszedł do laptopa. Włączył go. Nie było hasła.
Na ekranie była mapa. Czechy. Praga. Miejsce spotkania.
— To pułapka? — zapytał Kanabis.
— Może — powiedziała Kropka. — Ale zostać tu to śmierć. Tylko najpierw zapalmy. Marihuana jest, ta sama, bez domieszek. Czysta. Da się żyć.
Wzięła bilety. Papier był sztywny. Prawdziwy.
— Mówił, że pieniądze szły na wojnę.
— Wszystkie pieniądze idą na wojnę — powiedział Kanabis. — Pytanie, po której stronie się znajdziesz.
Po zapaleniu i odprężeniu wyszli z domu. Zaczął padać śnieg. Duży, mokry. Lepił się do oczu. Wsiedli do taksówki. Podali adres dworca. Kierowca milczał. Radio grało cichą muzykę. Wiadomości mówiły o stabilności. O sukcesach. O porządku.
Kanabis patrzył na miasto. Jekaterynburg cofał się w tył. Światła fabryk. Światła biur. Światła domów, w których ludzie spali, nie wiedząc, że ich nauczyciele znikają, a pieniądze znikają jeszcze szybciej.
Poczuł ciężar pendrive'a w kieszeni. Poczuł go dopiero teraz.
Teraz mieli nie tylko wiedzę. Mieli broń.
Granica
Pociąg ruszył. Stukot kół kołysał do snu. Ale spać nie było można.
W przedziale było cicho. Nie było sąsiadów. Wykupili wszystkie miejsca.
Kropka patrzyła przez okno. Rosja się kończyła. Zaczynała się inna ziemia.
— Co będziemy robić w Pradze? — zapytała.
— Znajdziemy człowieka — powiedział Kanabis.
— A jeśli go nie ma?
— Wtedy go stworzymy.
Kanabis wyjął pendrive'a. Błyszczał w świetle lampy. Mały kawałek plastiku, który mógł zniszczyć kariery generałów i oligarchów.
W korytarzu rozległy się kroki. Ciężkie. Pewne.
Ktoś zatrzymał się przy ich drzwiach. Ręka spoczęła na klamce.
Kanabis spojrzał na Kropkę. W jej oczach nie było strachu. Tylko determinacja.
Drzwi się otworzyły.
W progu stał człowiek. Po cywilnemu.
— Witajcie w klubie — powiedział. — Czekaliśmy na was.
Drzwi się zamknęły. Pociąg nabierał prędkości.
Za oknem migały światła przygranicznego miasta. Ostatnie miasto Rosji.
Kanabis zacisnął pendrive'a w dłoni. Metal wbił się w skórę.
Gra dopiero się zaczynała. I zasady były tu inne.
W Pradze nie czekała na nich wolność. Czekała na nich nowa wojna. Ale teraz mieli przewagę. Znali cenę. I znali cenę milczenia.
Pociąg wjechał do tunelu. Światło zgasło. Została tylko czerwona lampka dyktafonu, który Tatiana włączyła niepostrzeżenie.
Nagranie trwało...
