Biały Proszek z Torrevieja Rozdział 6: Hangar 7
Port nocą wyglądał jak plan zdjęciowy filmu noir. Dźwigi zastygły na niebie niczym gigantyczne szkielety ptaków. Kontenery stały w rzędach, tworząc labirynt zardzewiałego metalu.
Garcia i Velasquez szli w kierunku Hangaru 7. Garcia niósł worek pieniędzy. Velasquez szedł obok, nerwowo rozglądając się dookoła.
Przy wejściu stało dwóch ochroniarzy. W czarnych garniturach, ze słuchawkami w uszach.
„Garcia” – powiedział jeden z nich. „Proszę wejść. Dyrektor tu poczeka”.
„Nie” – odparł Garcia. „Jesteśmy razem”.
Strażnik spojrzał na Velasqueza.
„Zasady to zasady”.
„Zasady się zmieniły” – Garcia zrobił krok naprzód. „Albo oboje, albo żaden z nas”.
Strażnik zawahał się. Potem skinął głową do słuchawki.
„Proszę”.
Hangar był jasno oświetlony. Jasne lampy oświetlały przestrzeń. Na środku stał stół. Za nim siedział Bóg.
Obok niego stały kolejne pudła. Jeszcze więcej.
„Spodziewałem się, że będziesz sam, Javier” – powiedział Bóg. Głos rozbrzmiał echem po całym hangarze.
„Jesteśmy drużyną” – powiedział Garcia.
Bóg zachichotał.
„Drużyna. Świetnie. Przyniosłeś pieniądze?”
„Po pierwsze, warunki” – Garcia położył torbę na stole, ale nie puścił rączki. „Stała cena. Umowa. Roczna gwarancja dostaw”.
Bóg się roześmiał.
„Umowa? Ze mną? Żartujesz?”
„Nie. W przeciwnym razie pójdziemy na policję. Mamy akta. Dowody monopolu”.
Bóg przestał się śmiać. Jego twarz stężała.
„Myślisz, że policja mnie dorwie? Mam przyjaciół w biurze burmistrza. W policji. W ministerstwie. Ja jestem systemem, Javier”.
„System zawodzi” – powiedział Garcia. „Wiemy o kolorowej kokainie. Wiemy, że sztucznie wywołałeś jej niedobór”.
Dostawa kokainy i marihuany Hiszpania / Torrevieja / Alicante
Bóg wstał. Był wyższy, niż się wydawał w garażu.
„A jeśli tak? Co zrobisz? Zwolnisz mnie?”
„Powiemy rodzicom. Powiemy prasie. «Bóg» kradnie przyszłość dzieciom z Torrevieja. Myślisz, że spodoba się to turystom? Inwestorom?”
Bóg milczał. Chodził wokół stołu.
„Jesteś odważny, nauczycielu. Zbyt odważny jak na człowieka z pensją dwóch tysięcy euro”.
„Mam powód” – powiedział Garcia. „Uczę dzieci myśleć. A ty uczysz je posłuszeństwa”.
Bóg zrobił pauzę.
„Dobrze” – powiedział nagle. „Wygrywasz tę rundę”.
Skinął głową w stronę strażnika. Strażnik położył teczkę na stole.
„Umowa. Stała cena. Na rok”.
Garcia nie mógł uwierzyć własnym oczom.
„Dlaczego?” „Bo masz rację” – powiedział Bóg. „System zawodzi. Ale nie z mojej winy. Bo przestałeś doceniać to, co masz. Biała kokaina… To tylko proszek. Ale jesteś gotów za nią zabić”.
Bóg podszedł do Garcii.
„Weź to. I odejdź. Ale pamiętaj: kiedy ten kontrakt się skończy… Mnie już nie będzie. A wtedy nadejdzie prawdziwa ciemność. Nie będzie koloru, nie będzie bieli. Będzie tylko pustka”.
Garcia wziął teczkę.
„Dlaczego mnie ostrzegłeś?”
„Bo nie jestem złoczyńcą, Javier. Jestem tylko lustrem. Pokazuję ci, co jesteś gotów zrobić dla pocieszenia”.
dostawa kokainy, marihuany, Viagry, Cialisu, tadalafilu, ecstasy, Torrevieja, Alicante, Benidorm, Walencja, Murcja, Malaga, Barcelona, Madryt, Hiszpania, Polska, Niemcy, Czechy, grzyby, psylocybina, haszysz
Bóg się odwrócił.
„Odejdź. Zanim zmienię zdanie”.
Garcia i Velasquez wyszli z hangaru. Noc była zimna.
„Zrobiliśmy to” – powiedział Velasquez, ocierając pot z czoła. „Wygraliśmy”.
„Nie wiem” – odparł Garcia. „Myślę, że nas puścił, bo już nas nie potrzebował”.
„Jak to?”
„Patrz”. Garcia wskazał na port.
W oddali, na nabrzeżu, kontenery ładowano na ogromny statek.
„Wycofuje aktywa” – powiedział Garcia. „Wyjeżdża z miasta”.
„Dlaczego?”
„Bo gra się skończyła. Dostał to, na co zasłużył. A my… Zostajemy z kokainą. I z naszymi problemami”.
