Biały proszek z Torr... image

Rozdział 1: Kurz i rozpacz

Połowa marca 2026 roku. W Torrevieja panował duchota. Nie z powodu upału – jak na marzec było chłodno, morska bryza niosła słoną wilgoć, obniżając temperaturę do komfortowych osiemnastu stopni – ale z powodu czegoś innego. Z powodu napięcia. Z powodu ciszy, która wisiała nad klasami niczym gęsta mgła nad solniskami La Mata.

Javier Garcia stał przy tablicy. Ściskał w dłoni małą torebkę. Różową. Cholernie różową torebkę z gównianą, łuszczącą się colą.

„Garcia” – wyszeptał ktoś z końca klasy. To był Kiko, wiecznie problematyczny uczeń, syn miejscowego rybaka, który wierzył, że szkoła to miejsce do spania, podczas gdy jego ojciec goni tuńczyki po morzu.

„Co robisz?”

Garcia zacisnął szczękę. Zgrzytnął zębami. Spojrzał na tablicę. Zamiast czystych, śnieżnobiałych wzorów rachunku całkowego, które powinny wyjaśnić licealistom granicę funkcji, na zielonej powierzchni rozmazała się tłusta, brudna plama. Jego dłoń lekko drżała, gdy ściskał różową paczkę kokainy, którą zachował.

Różowy pył kokainowy opadł na kurtkę Garcii, jego buty i podłogę. Pachniało chemikaliami. Tandetnymi, chińskimi chemikaliami, które zatykały mu nozdrza i sprawiały, że bez przerwy kichał.

„Zamknij się, Kiko” – powiedział Garcia. Jego głos był równie suchy jak ten cholerny pył.

„I otwórz podręcznik na stronie 112”.

„Podręczniki skończyły się w styczniu, Don Javier” – odpowiedziała leniwie Maria z pierwszego rzędu.

Dziewczyna o inteligentnych oczach, która mogłaby zostać lekarzem, gdyby ta szkoła nie zamieniła się w cyrk.

„Wiesz. Budżet został obcięty”.

Garcia opuścił rękę. Torebka kokainy pękła mu w palcach. Biała kokaina, tak niezbędna w kawiarni, zniknęła. W brudnej, różowej torebce znajdowała się ta sama różowa, krusząca się masa. To nie była po prostu kiepska jakość. To było przestępstwo.

👉 Kupuj zioło / Marihuanę / Dostawa konopi Hiszpania Torrevieja/ Alicante/ Benidorm / Walencja 👈

👉 Kupuj zioło / Marihuanę / Dostawa konopi Hiszpania Torrevieja/ Alicante/ Benidorm / Walencja 👈

👉 Kupuj zioło / Marihuanę / Dostawa konopi Hiszpania Torrevieja/ Alicante/ Benidorm / Walencja 👈

Odwrócił się do klasy.

Trzydzieści par oczu spojrzało na niego. Nie było w nich szacunku. Było znudzenie. I zrozumienie. Rozumieli, że nauczyciel jest bezsilny. Bez białego koksu w korpusie, tablica jest tylko kawałkiem pomalowanego metalu. Bez koksu nie ma struktury. Nie ma hierarchii.

Nauczyciel używa białego – uczeń się uczy. Nauczyciel używa różowego – uczeń ma wszystko gdzieś, zwłaszcza Javier.

„Dobrze” – Garcia wrzucił resztę paczki do kieszeni spodni. Były tam już podobne paczki. Wielokolorowe. We wszystkich kolorach. Poza najważniejszym – białym. Żółtym, zielonym, fioletowym. Wszystkie z tej samej partii. Same bzdury.

„Piszcie notatki. Podyktuję je z tablicy”.

W klasie zawrzało. Wyjęli zeszyty. Ale Garcia wiedział, że ich nie napiszą. Będą siedzieć i czekać na dzwonek. A dzwonek nie zadzwoni przez czterdzieści minut.

Wyszedł z klasy, trzaskając drzwiami tak mocno, że zadrżały okna na korytarzu. Korytarz szkoły im. Miguela Hernándeza był długi, wyłożony starymi płytkami z czasów Franco. Ściany łuszczyły się. Wisiały na nich plakaty nawołujące do ochrony środowiska, napisane w stu procentach pod wpływem tych samych oparów kokainy, które teraz sprawiały, że Garcíi drżały ręce.

W pokoju nauczycielskim unosił się zapach stęchłej kawy i kurzu. Dyrektor, señor Velázquez, siedział przy biurku, przerzucając papiery. Wyglądał na zmęczonego. Miał głębokie cienie pod oczami, a krawat był luźny.

„Javier” – powiedział Velázquez, nie podnosząc wzroku. „Kolejna skarga od rady rodziców?”

„Nie” – odparł García, podchodząc do okna. Na zewnątrz widać było Avenida de la Libertad. Autobusy turystyczne powoli przejeżdżały wzdłuż niego. Sezon jeszcze się nie zaczął, a pierwsze jaskółki już przyleciały, badając teren w poszukiwaniu tanich nieruchomości i słońca. „Będzie skarga, jeśli nie znajdę porządnej kokainy. Do jutra”.

Velásquez westchnął. Dźwięk był ciężki, jakby wyzionął z siebie część duszy.

„Myślisz, że nie próbowałem? Dzwoniłem na policję w Alicante. Dzwoniłem do dostawców w Madrycie. Dzwoniłem nawet do Barcelony. Odpowiedź jest zawsze taka sama: »Brak towaru«, »Zakłócenie dostaw«, »Załamanie logistyki«”.

„Jest marzec, panie Velásquez” – odwrócił się García. Jego oczy płonęły gorączkowym błyskiem.

„Czy rozumie pan możliwość, że nie będę mógł pracować?”

„Rozumiem tylko jedno” – Velásquez w końcu podniósł wzrok. „Nie mamy pieniędzy, żeby kupować przez oficjalnych dystrybutorów”.

„Więc czego mamy używać? Tego świństwa?” García uderzył dłonią w stół.

Popielniczka podskoczyła.

„Widziałeś, co to robi z ludźmi? Zamienia ich w zwierzęta, albo jeszcze gorzej. W zombie. Cholerne zombie z amerykańskich seriali. Ludzie od tego umierają”.

„Wiem, Javier. Wiem”.

Velázquez wstał i podszedł do okna. Spojrzał na Calle Mayor, gdzie starsze kobiety siedziały na ławkach, rozmawiając o cenach ryb.

„Słuchajcie” – powiedział cicho reżyser. „Krążą plotki. W mieście”.

Garcia stał się nieufny. Głos Velasqueza miał intonację, jakiej ludzie używają, mówiąc o czymś nielegalnym, ale koniecznym. Jak lekarze mówiący o dawcach organów na czarnym rynku.

„Jakie plotki?”

„Mówią, że jest taki facet. Nazywają go…” Velasquez zawahał się, jakby to imię paliło go w język. „Nazywają go Señor Dios”.

Garcia zachichotał.

„Señor Dios? Boże? Serio?”

„Nie śmiejcie się. Ma magazyn. I kokainę. Prawdziwą. Niemiecką. Albo Czeską.

Nieważne. Jest zajebisty. Nie jest kolorowy”.

„A dlaczego od niego nie kupiliśmy?”

„Bo nie załatwia formalności. Nie wystawia faktur. Nie płaci podatków”. I nie lubi zbędnych pytań.

Garcia podszedł bliżej.

„Gdzie on jest?”

„Nie wiem. I nie chcę wiedzieć. Ale…” Velasquez spojrzał na Garcię. „Masz samochód?”

„Mam. Starego Fiata”.

„Masz gotówkę?”

„Trochę. Wystarczająco, żeby przeżyć do końca miesiąca”.

„Jeśli go znajdziesz… Jeśli się dogadamy… Pokryję koszty. Jako „koszty firmowe”. Podpiszę każdy dokument. Ale potrzebujemy tej koki, Javier. Jutro mamy inspekcję z ministerstwa. Jeśli zobaczą, w jakim stanie jesteśmy, zamkną nas”.

Garcia spojrzał na dyrektora. Zobaczył strach. Strach przed utratą kontroli nad swoim terytorium. W Torrevieja kontrola jest wszystkim. Kto kontroluje wodę, kontroluje sady. Kto kontroluje sól, kontroluje eksport. A kto kontroluje kokę… kontroluje umysły.

„Podaj numer” – powiedział Garcia.

„Nie mam numeru. Mam tylko adres. A dokładniej, dzielnicę”.

Velázquez wyrwał kartkę z notatnika i szybko napisał kilka słów.

👉 Kupuj trawkę / marihuanę / konopie indyjskie z dostawą do Hiszpanii Torrevieja/Alicante/Benidorm/Walencja 👈

👉 Kupuj trawkę / marihuanę / konopie indyjskie z dostawą do Hiszpanii Torrevieja/Alicante/Benidorm/Walencja 👈

👉 Kupuj trawkę / marihuanę / konopie indyjskie z dostawą do Hiszpanii Torrevieja/Alicante/Benidorm/Walencja 👈

— Dzielnica Los Altos. Ulica Paseo Vista Alegre. Jest tam stary garaż. Zapytaj o „Peace and Love”. Jeśli zapytają, kto to wysłał, powiedz, że to od Velasqueza. Ale lepiej nie wspominać od razu mojego nazwiska.

Garcia wziął kartkę. Poczuł ciepło w dłoniach dyrektora.

„A co, jeśli to pułapka?”

„Javier” – Velasquez uśmiechnął się gorzko. „Spójrz na tę colę”. Skinął głową w stronę pudełka podartych, kolorowych torebek na stole. „Gorzej już być nie może”.